Szukana fraza: Wyszukaj
www.gazeo.pl Na luzie Znani, LPG i nie tylko Sidney Polak - żaden wstyd
  Na luzie

Sidney Polak - żaden wstyd

Nasza galeria znanych osób jeżdżących samochodami na gaz właśnie się wzbogaciła o kolejną ciekawą postać. Dołączył do niej Sidney Polak – perkusista T.Love i muzyk od kilku lat z powodzeniem rozwijający karierę solową. Także i dla niego używanie LPG zamiast paliw konwencjonalnych nie jest ujmą na honorze ani sprawą wstydliwą. Czym jeździ i co robi, gdy za kółkiem ma nagły „napad weny” – przeczytasz w naszym wywiadzie.

Czy samochody dla Pana to coś więcej czy wyłącznie wygodny środek transportu?



Sidney Polak/Sidney i jego 4Runner
Witam wszystkich czytających portal Gazeo.pl bardzo serdecznie. Samochód dla mnie to nie tylko środek transportu, ale także taki „drugi dom” na kółkach. Spędzam w samochodzie mnóstwo czasu, dojeżdżając na koncerty swoje i grupy T.Love, w której gram na perkusji. Co prawda od kilku lat intensywnie użytkuję także jednoślady, w postaci maxi-skutera Suzuki Burgman 650 i naked-a Suzuki B-King, ale są sytuacje, kiedy nie da się zastąpić samochodu. Kiedy na przykład jest zimno, pada albo muszę wziąć ze sobą jakieś instrumenty na koncert, to dla samochodu nie ma alternatywy. A wiec samochód nadal jest podstawą, choć od kwietnia do października po Warszawie w zwykłych sprawach jeżdżę głównie maxi-skuterem, bo warszawskie korki mnie dobijają. A samochód dla mnie musi wyglądać fajnie, jeździć fajnie, być dzielny, niezawodny, w środku przestronny, tak żeby móc włożyć do niego np. całą spakowaną perkusję albo ekwipunek na trzytygodniowe wakacje dla trzech osób plus wielkiego psa. Od dwóch lat mam czarną Toyotę 4Runner Limited Edition w wersji czterolitrowej, rocznik 2007, i ona w końcu spełnia wszystkie moje oczekiwania. Dynamiczna, przestronna i niezawodna quasi-terenówka z mocnym i elastycznym silnikiem, z „automatem” i, co bardzo ważne, z dobrym zestawem audio. Możliwość włączenia i wyłączenia napędu na 4 koła, zmienny dyferencjał, kontrola trakcji, system DAC do zjeżdżania z pagórków i wyłączanie kurtyn bocznych podczas jazdy w terenie! I nie wygląda „karkowato”! Raczej spokojnie, młodzieżowo trochę. Bez przegięcia w żadną stronę. Dobrze się w niej czuję, bo to bardzo fajny samochód.

Za jakiego kierowcę Pan się uważa? I jak Pan ocenia współużytkowników dróg?

Oczywiście każdy twierdzi, że jest niezłym kierowcą, ze mną włącznie. (śmiech) Mogę tylko powiedzieć, że koordynację kończyn mam wyćwiczoną przy perkusji, a wiec manualnie jestem dość sprawny. Prowadzenie samochodu to także wyobraźnia, która też jest potrzebna przy komponowaniu muzyki, a więc chyba nie jest źle. Mam taką nadzieję przynajmniej. A jeśli chodzi o polskich kierowców, to wydaje mi się, że idzie ku lepszemu. Że Polacy jeżdżą coraz kulturalniej i bezpieczniej, choć warunki do jazdy mamy straszne. Polskie drogi są złe i jeszcze długo będą, niestety. Ale są kraje, gdzie drogi są lepsze, a kierowcy jeszcze bardziej świrnięci np. Włochy albo Grecja. Tam jest jeszcze więcej wypadków i obserwuje się jeszcze więcej „dziwnych” zachowań. W Polsce kierowcy są coraz bardziej wyluzowani, chociaż do tych w Stanach nam jeszcze dużo brakuje. To się zmienia, szczególnie w dużych miastach.

Czy samochód ma wpływ na Pana pracę? Czy jest swego rodzaju „azylem” i miejscem, gdzie tworzy Pan przyszłe projekty? Czy wena zastaje Pana czasem „za kółkiem”? Co wtedy?

Ależ oczywiście. Długo by o tym opowiadać. (śmiech) Po pierwsze, zawsze mam w samochodzie dyktafon, na który w każdej chwili mogę nagrać swój pomysł na tekst albo jakąś melodię, a w zmieniarce na stałe siedzą płyty CD z moją muzyką, do której aktualnie coś układam. Druga dla mnie nieodzowna rzecz to wejście AUX w soundsystemie, żeby można było podłączyć iPoda albo laptopa, kiedy w samochodzie oglądam filmy DVD. Nie, nie podczas jazdy, (śmiech) tylko podczas moich „dalekich spacerów z psem”, ale o tym później. W iPodzie mam całą swoją bibliotekę płyt, około 140 gigabajtów muzyki, bo kupuję jej mnóstwo i od razu zgrywam do komputera, a później z nim synchronizuję iPoda. Takim sposobem zawsze mam wszystko przy sobie. Wszystkie płyty, jakie mam, na wyciągnięcie ręki. Wygoda niesamowita. Jeśli chodzi o te spacery, to mieszkam na Tarchominie i co kilka dni biorę swojego „wielbłąda” (mam mastifa brazylijskiego) do specjalnej, ogromnej klatki podróżnej, zrobionej pod wymiar samochodu, która zajmuje cały tył i jadę z nim w nocy w jakieś odludne miejsce w lesie albo na łąkę. Kiedy znudzi mi się chodzenie po chaszczach, zakładam mu kaganiec i puszczam wolno. Jest nauczony, żeby nie uciekać za daleko, tylko sobie biega w zasięgu reflektorów, coś tam kopie, słowem – ma wtedy godzinkę na pełne szaleństwo. A ja wtedy załączam kompa i oglądam jakiś film DVD z dźwiękiem z mojego systemu JBL. Bardzo przyjemna opcja, takie kino w terenie. (śmiech) Jest jeszcze jedna rzecz, bez której nie mógłbym się obyć. To oczywiście prądnica. W moim przypadku, ponieważ auto sprowadziłem ze Stanów, jest to 110 woltów, bo nie przerabiałem instalacji elektrycznej, ale sprzęty, których używam najczęściej, działają także na to napięcie i np. kiedy jedziemy z kolegami na koncert, ja siadam z tyłu i odpalam sobie laptopa albo nawet sampler Akai MPC5000 i robię muzykę jadąc. To są rzeczy, które kiedyś były dla mnie niedostępne. Trasa mija szybko i produktywnie. Nie tracę czasu gapiąc się w szybę, tylko kleję dźwięki. Dla mnie super.

Ma Pan jakieś ciekawe anegdoty związane ze swoimi doświadczeniami za kierownicą?

Najwięcej anegdot jest związanych z panami w mundurach, którzy raz są mniej przychylni, a raz bardziej. Młodzi policjanci często mnie poznają i wtedy najczęściej kończy się na pouczeniu, choć staram się nie łamać przepisów. Od kiedy jeżdżę motocyklem i poznałem smak „prawdziwej” adrenaliny, automatycznie noga przestała wciskać gaz w samochodzie. Nie muszę się już nakręcać szybką jazdą, bo nie wiem, jaka ona by musiała być, żeby dorównać wrażeniom z motocykla czy maxi-skutera. Słowem – nawet wolna jazda motocyklem jest dużo bardziej podniecająca niż turlanie się w „puszce”, także wyluzowałem. Jeżdżę bezpiecznie i w miarę wolno. Ale jak już się coś zdarzy, to nie daję łapówek. Brzydzi mnie to. Albo pouczą, albo proszę o mandat i go płacę. Trudno. Ten kraj się nie zmieni, kiedy będziemy im dawać hajs. Jeśli chodzi o LPG, to nic szczególnego nie przychodzi mi do głowy, ale pamiętam jeden epizod związany z CNG. Mogę opowiedzieć historię, która raczej nie jest śmieszna, tylko straszna, ale jednak jakoś tam jest związana z gazem w samochodzie...

Otóż w lutym 2009, kiedy pojechaliśmy z żoną na karnawał do Rio, poszliśmy sobie na nocny spacer po Copacabanie. Przechodziliśmy koło dużej nadbrzeżnej dyskoteki, przed którą był uruchomiony naprawdę spory ogródek z jedzeniem i drinkami. Ludzi tłum, muzyka, taniec na ulicy, słowem – zabawa. Godzina 1. w nocy. Nagle usłyszeliśmy bardzo głośny „syk”, trwający kilkanaście sekund. Bardzo głośny i bardzo dziwny, jakby ktoś rzucił petardę z gazem łzawiącym (ten dźwięk pamiętam jeszcze z czasów „komuny”). Cały ogródek, dosłownie wszyscy siedzący i stający wokół, w jednej sekundzie zerwali się z miejsc i, tratując stoliki, parasole, a także siebie nawzajem, zaczęli w popłochu uciekać. Ugięły nam się nogi z wrażenia i tez zaczęliśmy biec razem z nimi. Moja żona krzyczała: „Jezu, chyba strzelanina zaraz będzie! Trzeba się położyć na chodniku!” Nie oglądając się za siebie, biegliśmy dobre kilkaset metrów z całym tłumem, około 200 osób. Niesamowite wrażenie. Pierwszy raz przeżyłem atak zbiorowej paniki. Odbiegliśmy na bezpieczną odległość, ale strzałów nie usłyszeliśmy. Inni tez się zatrzymali i po kilku minutach wypatrywania i upewnieniu się, że nic się nie stało, powoli zaczęli wracać. Po mniej więcej 15 minutach ogródek był już posprzątany. My także wróciliśmy, bo byliśmy bardzo ciekawi, co się stało. Przyjechała policja, więc podszedłem do policjanta i zapytałem się: „What happened here?” A on na to, ze taksówkarzowi, który stał pod tą dyskoteką, rozszczelniła się butla z gazem... Stąd ten syk, który przez wszystkich został zinterpretowany jako początek strzelaniny. Szkoda, że tego nie nagrałem na kamerę. Ta sytuacja byłaby hitem na YouTube'ie. (śmiech)

Skoro zdecydował się Pan na gaz, pewnie sporo Pan jeździ lub auto dużo pali. Czym się Pan kierował, adaptując samochód na LPG? Diesel wchodził w grę przy wyborze modelu?


Sidney Polak/Sidney i jego 4Runner
Bardzo dużo jeżdżę, robię średnio jakieś 15 tysięcy km rocznie motocyklem i w okolicach 20-25 tysięcy km samochodem. Kiedy samochód odebrałem od importera i zacząłem nim jeździć, zrobiłem gruntowne obliczenia i wyszło, że samochód przy dynamicznej jeździe z załączonym napędem na 4 koła pali jakieś 15-17 litrów benzyny na 100 km. Wyjścia nie było, bo nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto. Gaz to żaden obciach. Zresztą na początku nie wiedziałem, czy w ogóle ten silnik to „przyjmie”. Na całe szczęście okazało się, że nie ma z tym problemu. Doradzono mi zawodowy warsztat na Tarchominie, gdzie założyłem sekwencję 4. generacji. Trochę to kosztowało, bo w okolicach 7 tysięcy zł, ale przy 4-litrowym silniku to jedyna opcja. Musiałem co prawda rozwiązać logiczne zadanie pt. „Co zrobić z kołem zapasowym”, które w moim modelu jest pod spodem z tyłu, bo na jego miejsce weszła 80-litrowa butla. Nie moglem go przyczepić na tylną klapę, bo w 4Runnerze ona się otwiera do góry. Myślałem o specjalnym stelażu na koło, który odchylałby się na bok, ale okazało się, że to by się wiązało ze wzmocnieniem tylnego zderzaka, poza tym byłoby uciążliwe na co dzień. Nie chciałem koła wkładać do środka, ze względu na psa i gabaryty samego koła. W końcu, po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, zdecydowałem się na montaż dużego „przeprawowego” stalowego bagażnika na cały dach. Tam też powędrowało koło i mam jeszcze mnóstwo miejsca np. na dodatkowy bagaż w skrzyniach wodoszczelnych, gdybym chciał jechać na długie „globtroterskie” wakacje z psem. Zaraz po zakupie samochodu chcieliśmy z żoną, z moim synem oraz z psem jechać na wakacje do Gruzji i ten wyjazd wymógł na nas rozwiązania najbardziej „użyteczne”. Niestety, Rosja napadła wtedy na ten biedny, umęczony kraj i nie pojechaliśmy. Bardzo żałuję, ale już kilka razy obraliśmy inne kierunki i np. Chorwacja – czyli dodatkowy sprzęt nurkowy – albo trasa po Wyspach Brytyjskich z T.Love i kupowanie tam „dużych” instrumentów w sklepach muzycznych nie stanowi problemu. Wygoda po prostu. Samochód z tym bagażnikiem zaczął wyglądać trochę bardziej off-roadowo, co akurat bardzo mi się podoba, choć wiadomo, że ze względu na długość samego pojazdu i kąt zjazdu z przeszkody wcale aż taki off-roadowy nie jest.

No i jeszcze jeden aspekt posiadania gazu jest bardzo ważny. Zwiększa się dwukrotnie zasięg na jednym gazowo-benzynowym tankowaniu. To też jest ważne. W trosce o silnik nie unikam jazdy na benzynie. 20-25 procent trasy dalej robię „klasycznie”. Tak mi poradzono w Toyocie. Jeśli chodzi o diesla, to nie mam nic przeciwko, ale w Stanach z dieslem można kupić najwyżej Touarega w tym segmencie. To super auto, ale różnicę w cenie między tymi samochodami wolę przeznaczyć na sprzęt muzyczny. Jeśli mam wybierać – 4Runner plus wiele, wiele rożnych muzycznych gadżetów albo „goły” Touareg, wybieram to pierwsze.

Może ma Pan również inne „zagazowane” pojazdy lub w ogóle coś nietypowego w garażu?

Nie, to moje pierwsze i jedyne auto z gazem. W tej chwili nie mamy na własność drugiego „pewnego” samochodu. Kiedy jest ciepło, ja wsiadam na maxi, a żona do Toyoty. No, chyba że jadę w trasę, ale wtedy zawsze mogę skorzystać z „bandowego” Sprintera dla zespołu. Kiedy jest zimno, wypożyczamy dla żony Smarta z wypożyczalni, żeby była niezależna. Świetne rozwiązanie, wbrew pozorom tanio wychodzi i jest na zawołanie. Często też razem jedziemy sobie w świat, np. na testowym motocyklu z jakiegoś salonu. W zeszłym roku pan Tomek z BMW z Bielska-Białej pożyczył nam BMW K1200 GT na weekend. Jak odkręciłem manetkę gazu, to się zatrzymaliśmy dopiero w Wiedniu. (śmiech)

Jednak tak naprawdę choruję na BMW R1200 GS Adventure. Może uda się zrealizować to marzenie w tym roku. Samochód to wół roboczy, jednoślad to „poezja” drogi. Nikt tego nie skuma, kto nigdy nie jeździł na dwóch kółkach. (śmiech) A wiec mój garaż jest skromny. Toyota, czasami wypożyczony Smart, maxi-skuter na cieplejszą aurę, B-Kinga na zimę się pozbyłem, ale myślę, że na ten sezon na pewno coś „turystycznego” stanie obok Burgmana. W sumie jest okay. Nie narzekam.

Aha, mam w tej chwili w renowacji radziecki skuter mojego ojca, który studiował w Moskwie w latach 60. Wiatka, ruska kopia Vespy GS 150, super gadżet, silnik po prawej stronie. Trzeba uważać na zakrętach, bo inaczej bierze prawy i lewy. Może na wiosnę będzie już gotowy. No i znam kolegę z klubu skuterowego, który jeździ skuterem na gaz. Butlę turystyczną włożył do kufra i tankuje za 5 zł. Kompletny odlot.

Jak wygląda eksploatacja Pana samochodu z gazem – auto z LPG wymaga od Pana większej uwagi?

Wszystko jak na razie działa bez zarzutu. Tankowanie jest dłuższe i szkoda mi chłopaków ze stacji, którzy muszą sterczeć na mrozie przy tankowaniu gazu. Nie kumam, dlaczego wszędzie w Europie gaz się tankuje samemu, a w Polsce nie. Dziwne. Przypomina mi to sytuację sprzed 10 lat z Chin, kiedy trafiłem do hotelu, gdzie były „etażowe” Chinki, które otwierały i zamykały gościom pokoje. (śmiech) Dlaczego względy bezpieczeństwa u nas są inne niż gdzie indziej? Nie wiem. Trzeba tylko pamiętać, żeby zawsze była benzyna, kiedy gaz się skończy na trasie, a tak to zupełny luz. Zero problemów.

Ma Pan jakiś samochód marzeń? Proszę opowiedzieć, czym Pan do tej pory jeździł w życiu, od momentu zrobienia „prawka”.

Jeszcze większy SUV! (śmiech) Może Cadillac Escalade w największej, przedłużanej wersji? Tylko takie auto w Europie wygląda trochę wieśniacko. Stany mają inny kontekst, tam wszystko jest większe. (śmiech) W Polsce nie wiem, jak bym się czuł w takim aucie... O, wiem! Biorąc pod uwagę moje umiłowanie do podroży, przydałby mi się jakiś megawypasiony camper. Żeby sobie podróżować z całą rodziną dwa miesiące gdziekolwiek bądź. Żeby w środku można było też nagrywać muzykę i robić balangi na campingach. No i żonie bym chciał kiedyś kupić jakieś fajne auto pod choinkę, ale tak całkowicie z zaskoczenia. Wiem nawet jakie, ale nie będę się pucował, bo przecież przeczyta ten wywiad. (śmiech)

Jeśli chodzi o moje samochody, to przebyłem klasyczną polską drogę. Pierwszy był stary „Duży Fiat”, który miał jeszcze czynny taksometr po wujku. Były straszne jaja, jak woziłem kolegów i załączałem chorągiewkę! (śmiech) Później był Passat kombi, Opel Omega i dwulitrowy Peugeot 406, a więc raczej taksówkarskie bryki. (śmiech) Zawsze duże, bo muzyk zawsze coś wozi ze sobą i to jest przydatne.

Pokutuje pogląd, że gazu używają ci, których nie stać na benzynę. Spotyka Pan się z tym? Jak Pan na to reaguje? Czy instalacji gazowej w samochodzie należy się wstydzić?

Każdy jest panem swojego losu i każdy ma swoje priorytety. Amerykańskie samochody z dużymi benzynowymi silnikami to bez gazu według mnie po prostu strata pieniędzy. Są samochody, których nie da się przerobić, ale jeśli się da, a instalacje teraz są naprawdę „bezproblemowe”, to dlaczego nie? Bzdura. ŻADEN WSTYD.

Proszę zdradzić plany zawodowe na najbliższą przyszłość.


Sidney Polak/Sidney i jego 4Runner
Granie, granie i jeszcze raz granie. Wymyślanie kolejnych tekstów, pisanie nowych piosenek. Kolejna płyta Sidneya przede mną, czyli trzecia, chociaż promocja drugiej płyty, Cyfrowy styl życia, jest dopiero w połowie. Zbliża się także nowa studyjna płyta T.Love, do której także chciałbym wtrącić swoje trzy grosze jako kompozytor, a nie tylko perkusista.

W tym roku znowu T.Love zagra pewnie z 50 koncertów. Sidney koło 30-40, także pracy będzie mnóstwo. Chciałbym także rozpocząć budowę własnego studia nagraniowego z prawdziwego zdarzenia. Poza tym zaczynam powoli produkować płyty innych artystów jako producent muzyczny. Dzieje się dużo i dobrze, bo jestem szczęśliwy mogąc realizować swoją największą pasję, jaką jest muzyka. Jeśli ktokolwiek z czytających ten wywiad chciałby widzieć na koncercie T.Love lub Sidneya w swoim mieście, to zapraszam na strony internetowe zespołu i moją. Pozdrawiam wszystkich użytkowników LPG w Polsce!!!

Dziękuję za rozmowę.

Sidney Polak urodził się 7 października 1972 r. w Warszawie jako Jarosław Polak. Od 1990 r. jest perkusistą zespołu T.Love. Poza tym komponuje i pisze teksty, a w 2002 r. rozpoczął solowy projekt firmowany własnym nazwiskiem. Wydał dotąd dwie płyty – Sidney Polak w 2004 r. i Cyfrowy styl życia w 2009. Jego pseudonim wziął się z żartu Muńka Staszczyka, który podczas jednego z koncertów przedstawił kolegę jako Sydneya Pollacka, znanego reżysera.

rozmawiał RM


Kontakt Regulamin Widget Reklama Mapa portalu Forum
Gazeo.pl (c) 2007-2009 design by VENTI

zamknij okno