Tuning niejedno ma imię. Można dodać spoiler, obniżyć zawieszenie lub... zamontować silnik od czołgu z epoki II Wojny Światowej! Tak właśnie uczynił pewien redaktor brytyjskiego magazynu Practical Performance Car, zmieniając leciwego Rovera SD1 w złowrogo warczącego potwora.
ppcmag.co.uk/Rover SD1 27-litre V12
Rolls-Royce, oprócz doskonałych samochodów, słynął swego czasu z produkcji równie dobrych silników lotniczych (najpierw tłokowych, później odrzutowych) oraz – na ich bazie – czołgowych. Legendą II Wojny Światowej jest widlasta, 12-cylindrowa jednostka Merlin używana w samolotach. To właśnie w oparciu o nią powstał 27-litrowy motor o jakże adekwatnej nazwie Meteor, używany w gąsienicowych pojazdach pancernych. Teraz jeden z nich trafił pod maskę osobowego samochodu!
Charlie Broomfield z zespołu Practical Performance Car marzył o zbudowaniu niepozornie wyglądającego monstrum od lat 90. XX w. W końcu się udało – czarny, matowy Rover, którym można legalnie poruszać się po ulicach, wytoczył się o własnych siłach na drogę, siejąc postrach wśród wszystkich od lat 5 do 105. Ogromny silnik bulgocze basem i strzela z tłumika, a gigantyczny moment obrotowy, wynoszący 2100 Nm przy 1600 obr/min, sprawia, że auto wystrzeliwuje do przodu jak z procy. Nawet na biegu jałowym, kiedy wał ledwo się kręci, wykonując 400 obr/min, moment wynosi więcej niż maksymalna wartość generowana przez oryginalną jednostkę Rovera.
ppcmag.co.uk/Rover SD1 27-litre V12
Po co komu tak kuriozalny samochód? Ano po to, żeby przekroczyć prędkość 200 mil na godzinę, czyli ok. 320 km/h. Fakt, że do tego nie trzeba mieć auta z 27-litrowym „paliwożercą” pod maską, ale nie sztuka kupić Ferrari albo szybki motocykl. Charlie Broomfield po prostu marzył o skonstruowanym własnoręcznie supersedanie i wolał go od czegokolwiek innego. Aby auto, którego silnik ma w końcu korzenie lotnicze, nie wzbiło się w sposób niekontrolowany w powietrze, zamontowano przedni spoiler, osłonę aerodynamiczną podwozia oraz dyfuzor z tyłu. Ponoć właściciel „Frankenrovera” konsultował się w tej kwestii ze specjalistami związanymi z amerykańskimi wyścigami Nascar. I słusznie, bo choć jego dzieło samo w sobie jest mocno „odlotowe”, lepiej, by pozostało kołami na ziemi...
Przeróbka nie należała do szczególnie prostych, jednak dla chcącego – a w dodatku zdolnego – inżyniera nic trudnego. Pierwszą sprawą było „upchanie” wielkiej bryły metalu odpowiedzialnej za wytwarzanie siły napędowej w komorze silnika – obszernej wprawdzie, ale w kategoriach samochodu osobowego. Ostatecznie, pod maską znalazła się tylko połowa V-dwunastki. Reszta, po przesunięciu ściany grodziowej głęboko w tył, wnika do wnętrza (spełniając też rolę ogrzewania), przez co za kierownicą siedzi się znacznie dalej niż poprzednio.
ppcmag.co.uk/Rover SD1 27-litre V12
Rover stracił swój rodzinny charakter także poprzez montaż klatki bezpieczeństwa oraz deski rozdzielczej wykonanej z gołej blachy. Konieczne było również usunięcie przedniej szyby, ponieważ wysoka jednostka wystaje ponad jej dolną ramę. Modne okulary przeciwsłoneczne załatwiają sprawę, na niepogodę pozostaje zaś wstawka z pleksiglasu.
Oczywiście niezbędne okazało się dokonanie zmian w elementach układu przeniesienia napędu, ponieważ te seryjne zostałyby niechybnie „zmielone” przez olbrzymią nadwyżkę momentu obrotowego. Autor przeróbki wymienił przepustnice na nowe, własnej budowy, choć bardziej dla łagodniejszego rozwijania mocy i wykrzesania kilku dodatkowych „koników” (jakby było mało!) niż dla wydłużenia ich żywotności. Przenoszeniu ogromnych sił służą natomiast części zapożyczone z pojazdów stworzonych do pracy w trudniejszych warunkach: tylny most z Forda F-150, wał napędowy z autobusu (!) Leyland Leopard oraz zestaw większych kół rodem z Jaguara XJR, które nieco zmniejszają ryzyko utraty przyczepności podczas przyspieszania. Ale tylko trochę. Z „Jaga” pochodzi również automatyczna skrzynia biegów, dzięki której samochód (czołgochód?) stał się zdecydowanie mniej narowisty niż można by się spodziewać.
ppcmag.co.uk/Rover SD1 27-litre V12
Najlepsze zostawiliśmy na koniec. Ponieważ, jak należy oczekiwać, 70-letni silnik rodem z pojazdu pancernego charakteryzuje się apetytem na paliwo rzędu „sto na sto”, rozsądne wydaje się szukanie rozwiązań, które – jeżeli go nie ograniczą – przynajmniej obniżą koszty „pojenia” tego nienasyconego giganta. A cóż nadaje się do tego lepiej niż instalacja gazowa? Charlie doszedł do słusznego wniosku, że nic i zaaplikował autu kurację LPG. Oczywiście Rover-Meteor nadal pali jak smok, ale chociaż za mniej absurdalną cenę. Brzmienie silnika wiele jednak wynagradza, o czym można przekonać się dzięki popularnemu serwisowi do prezentowania amatorskich filmów.
Robert Markowski
Źródło: ppcmag.co.uk
7 IV 2010